Dlaczego żyjemy off grid? 9 powodów naszego pójścia w las

To będzie szczery do bólu post o naszych (choć bardziej moich) motywacjach „pójścia w las”

1) Za głosem serca

Najważniejszy, a za razem bezpośredni powód dla którego obraliśmy taki styl życia jest prosty: podążaliśmy za głosem naszych serc. Droga, która nas tu przywiodła była długa, wyboista i zaskakująca! Nie mieliśmy planu, a jedynie marzenie i zaufanie, że się spełni 🙂
 
Natomiast fakt, że nasz dom nie ma podłączenia do sieci, uczynił go w naszych oczach jeszcze bardziej atrakcyjnym. O tym poniżej.

2) Zainspirowani do działania

Przez kilka lat mieszkaliśmy w Walii, gdzie poznaliśmy wielu niesamowitych ludzi, którzy żyją off grid. Dzięki nim otworzyliśmy oczy na nowe możliwości i alternatywny styl życia. Dostaliśmy na prawdę porządną dawkę inspiracji!
 
Był to również czas, w którym bardzo mocno interesowaliśmy się zrównoważonym życiem, parmakulturą, ekologią, ale również mas produkcją, globalizacją. Ogólnie mówiąc zniszczeniami, jakie człowiek wyrządza na Ziemi. Oglądaliśmy masę filmów dokumentalnych i najzwyczajniej zdaliśmy sobie sprawę z tego, że my, (jako jednostki) chcemy żyć inaczej. Podążanie za utartymi schematami jawiło się nam jako droga donikąd. Natomiast możliwość realnego, pozytywnego wpływu na środowisko oraz na własne życie była bardzo pociągająca. Zapragnęliśmy żyć i działać w zgodzie z własnymi wartościami, a nie z tym co dyktuje współczesna „cywilizacja”.

3) Szacunek do Planety

Nie będę ściemniać, że od zawsze myślałam o Planecie. Oczy w tym temacie otworzył mi Tomek. Wcześniej nie zastanawiałam się głęboko nad takimi kwestiami ochronny środowiska. Tomek natomiast odkąd pamięta nosi w sobie ogromne pokłady miłości do przyrody i jej zasobów. Często mówi, że „Ziemia by sobie świetnie dała radę bez nas”.  Według niego, człowiek obłupuje Planetę z dóbr naturalnych oraz marnotrawi jej zasoby.

Według Tomka, my-ludzie  jesteśmy gośćmi na Ziemi (i to takimi gośćmi, którzy nie potrafią się tu kulturalnie zachowywać – nażrą się, napiją i zostawią po sobie syf). 

Chociaż nie chcemy tego przyznać wprost, to coraz ciężej jest nam nie zauważać powiązania między działalnością człowieka, a degradacją środowiska naturalnego. Ty to widzisz. Ja to widzę. Widzą to także właściciele korporacji, fabryk oraz kopalni. Mimo to, wciąż udajemy, że nie jest tak źle. W dalszym ciągu pożeramy zasoby Ziemi, a potem je wydalamy do dziury w kiblu. I nie chodzi mi tu o normalne życie, ale o konsumpcjonizm i nadmiar -zużywamy dużo, dużo więcej niż potrzebujemy! Oczywiście ja byłam taka sama – konsumentka pełna gęba. Jednak poszerzanie świadomości na temat mechanizmów takich jak np. planowane przedawnienie (co jest jawnym skandalem!) sprawia, że człowiek zmienia swoje myślenie i postępowanie.

Wracając do postawy Tomka…. jego szacunek do przyrody ma wiele przejawów w codziennym życiu. Jednym z nich jest naprawianie bądź próba naprawy dosłownie wszystkiego, co szwankuje. Nawet rzeczy „tanie”, które łatwiej byłoby po prostu zastąpić nowymi. Dlaczego? Bo szkoda mu zasobów. Bo docenia pracę ludzką, jaka została włożona w produkcję danej rzeczy.
 
Kiedyś stukałam się w głowę i mówiłam, że to bez sensu.. Teraz już rozumiem i po prostu obserwuję jak Tomek z pełnym zaangażowaniem naprawia swoje 10 letnie buty.. 🙂

4) Myśl techniczna

Brak podłączenia do sieci daje możliwość stworzenia od podstaw samowystarczalnego systemu zasilania. Dla kogoś, kto pasjonuje się tematyką ”wolnej energii” oraz osobowościami takimi jak Nikola Tesla, to istne spełnienie marzeń.

Tego typu tematy nie pojawiły się w naszym życiu teraz i tu – na Dąbrowie. Przewijały się bowiem w naszych rozmowach dużo wcześniej.

Aktualnie mamy dopiero zalążki naszego docelowego systemu zasilania. Jednak nie mi o tym pisać, bo się na tym kompletnie nie znam! Za to cieszę się z każdej świecącej żarówki i z tego, ze mam gdzie telefon doładować;) Reszta przyjdzie z czasem i z naszą pracą.

5) Ogród

Uwielbiamy rośliny! Zanim tu zamieszkamy, mieliśmy kilka ogrodów w rożnych miejscach.  Dosłownie zakochałam się w całym procesie uprawy roślin: od nasionka do zbiorów. Jakie to magiczne, że z malutkich nasion powstają dorodne warzywa, owoce, kwiaty, krzewy, drzewa! W ogrodzie natura tańczy, obnażając nam swoją moc i potęgę.  Zafascynowani jej tańcem, z roku na rok uczymy się coraz więcej i powiększamy nasz ogród o nowe gatunki.
 
Biorąc pod uwagę, że w sklepach jedzenie jest drogie oraz, że nie za bardzo wiadomo co kupować ( pryskali? nie pryskali?), to własny ogród jest ogromnym przywilejem.

6) Minimalizm

Wcześniej wspominałam o konsumpcjonizmie, który gubi ludzkość i niszczy Planetę. Po drugiej stronie można postawić inny popularny teraz trend – minimalizm.
 
Dla mnie minimalizm to jeden ze sposobów na wyjście z zakupowego obłędu oraz ułatwienie sobie codziennego życia. W pewnym zakresie praktykowałam minimalizm zanim zamieszkaliśmy off grid. Jako prosty,  praktyczny sposób na radzenie sobie z życiowym chaosem (mniej rzeczy=mniej sprzątania= więcej czasu dla siebie). Teraz patrzę na minimalizm o wieleszerzej –  jako na system prostego życia, w którym jest to, czego się pragnie i potrzebuje, a nie ma tego, co zagraca i przytłacza, jako na rozsądne gospidarowanie energią: życiową, elektryczną, finansową.
 
Współczesny świat to pogoń: praca, załatwianie spraw, które w gruncie rzeczy nie mają znaczenia. Nie każdy się w tym odnajduje. Ja – nie. Ja preferuję życie ograniczone do esencji, jaką chcę z niego wydobyć i tak właśnie rozumiem minimalizm. 
 
Off grid bardzo się z tym łączy na wielu poziomach. Minimalizujemy zużycie zasobów, takich jak woda i prąd, minimalizujemy koszty życia oraz naszą zależność od czynników, od których nie chcemy zależeć. Na przykład: nie chcemy wiązać naszego przetrwania z faktem czy posiadamy pracę zarobkową czy też nie.  Życie bez sieci niweluje szereg spraw i uniezależnia człowieka od konieczności ich załatwiania. To wprowadza porządek w priorytetach i daje przestrzeń na twórcze działanie. 

7) Twórczość

Ludzie to kreatywne bestie! Jestem pewna, że i ty masz wiele pomysłów, które pragnież zrealizować, ale tego nie robisz, np. z braku czasu, wiary w siebie, itp.
Jeśli chodzi o nas, to ilość generowanych pomysłów wymyka się spid kontroli. Zawsze brakowało czasu, pieniędzy, śmiałości..  Niezrealizowane projekty twórcze są jak małe dzieci. Nie dają o sobie zapomnieć i „marudzą”, bo chcą zostać zauważone. Spychanie ich na bok w dłuższej perspektywie rodzi smutek i frustrację. Myślę, że każdy człowiek, powinnien zadbać by w jego życiu znalała się przestrzeń na własny rozwój w kierunkach dowolnie wybranych. Jasne – kształcimy się i szkolimy  odpowiednio do branży w której zarabiamy, ale czy to zawsze jest spójne z tym, co rzeczywiście chcemy i lubimy robić? W moim przypadku tak nie było, dlatego zmianę trybu życia łączę z moją wewnętrzną potrzebą tworzenia czegość od podstaw- po swojemu.
 
Życie off grid sprzyja naszej  kreatywności. Osada Dąbrowa to idealne miejsce na realizację rozmaitych pomysłów oraz eksplorację naszych zainteresowań i pasji.
 
Nie sądzę, że jesteśmy jakoś szczegolnie utalentowani czy wyjątkowi w tym względzie. Myślę, że ludzie skrywają w sobie wiele talentów, z których rezygnują na poczet życia codziennego. My nie chcemy tego robić; przeciwnie- pragniemy realizować nasze pomysły i rozwijać zainteresowania nawet jeśli nie przyniosą zysku, itp. I choć aktualnie obowiązki i praca, wciąż pochłaniają większość naszego czasu,  to zauważam, i bardzo cieszę się tym, że kreatywność coraz częściej pojawia się u nas w domu.
  

8) A co z SYSTEMEM? Pro? Anty? czy jak?

Coraz częściej słyszy się, że ktoś jest „anty-systemowy”. Czy ja tak o sobie myślę? Hm… Może zacznę od tego, czym (w moim odczuciu) jest ten tzw. SYSTEM.
 
Osobiście, jestem zafascynowana najróżniejszymi systemami, jakie potrafi stworzyć człowiek.  Spójrzmy na przykład na niektóre systemy zrównoważone (sustainable systems), łączące nowoczesne technologie z prawami natury i sprzyjające zarówno ludziom jak i środowisku. Przecież to piękne!
 
Jednak ten nasz „SYSTEM” (przez duże „S”) nie mieści się nawet w definicji tego słowa i nazywanie go w ten sposób jest bardzo mylące. Pojęcie ”SYSTEM” oznacza powiązania, elementy, procesy i sprzężenia, które działają razem i realizują dany cel. Jaki więc cel realizuje ta nasza sztucznie stworzona rzeczywistość oparta na przepisach, zapisach, umowach, nie respektujących ani  człowieka ani przyrody? Pytam tylko retorycznie- samą siebie, bo serio nie wiem (!?). Po prostu nie potrafię siebie samej  przekonać, że to, z czym mamy do czynienia jest systemem.
 
Dlatego w swoim rozumieniu, nie jestem wcale anty-systemowa 🙂 . .Natomiast jeśli miałabym powiedzieć czy zgadzam się z tym, w jakim kierunku idzie nasz Świat i tzw. ”postęp”, to powiem, że: „Nie!”
 
Coraz głośniej mówi się, że mamy do czynienia z matrixem, który niczym lepka pajęczyna trzyma ludzi w zniewoleniu. Nie chcę jednak teraz wchodzić w te tematy, bo to jest subiektywne doświadczenie rzeczywistości (jedni widzą i czują tak; a inni- inaczej).
 
Dla mnie chyba najwłaściwszym słowem będzie tu UWIKŁANIE. Współczesny człowiek, czy tego chce czy nie, żyje w UWIKŁANIU. Jest oderwany od Natury i sztucznie wpłatany w niezdrowe zależności oraz mechanizmy wyzysku i władzy. Nierzadko –  na wielu poziomach, tj. finansowym, emocjonalnym, energetycznym. To nas wysysa niczym cytryny! Drenuje z nas energię i moc, którą potrzebujemy do pięknego i kreatywnego życia. Zamiast żyć- walczymy o przetrwanie. Zmuszamy się do parcia naprzód w nadziei na polepszenie swojej sytuacji.
 
Dlaczego w tym trwamy?
 
Powodów jest pewnie tyle, ilu ludzi na Świecie. Część z nas po prostu chce i dobrze się w tym odnajduje.  Część z nas – boi się zmian i nie widzi możliwości innego życia.
 
Co więcej! My wręcz uwielbiamy profity, jakie na nas spływają, gdy dobrze gramy w tą z góry narzuconą nam grę (pieniądze, kariera, sława)…
 
I tu właśnie zahaczam o jeden z głównych powodów mojego pójścia w las… Ja się po prostu duszę, w takiej „ustawce”. Męczą mnie te najróżniejsze sprawy, zależności, nakazy, zakazy, które należy sumiennie wykonywać, by w zamian dostać jakiś profit (np. fajną wypłatę). Osobiście nie mogę oprzeć się wrażeniu, że my wszyscy gramy w jakąś grę punktową dla dorosłych! Grę, w której gracz zbiera punkty ( BIKi, sriki itp) i zdobywa nowe levele… Hm…Ta gra, mnie nie kręci i nie chcę w nią grać 😉
 
Pragne żyć, tworzyć, dawać, a nie zarabiać, osiągać, brać…Tak, wiem, że to nie musi się wykluczać, ale będąc „uwikłaną” bardzo ciężko jest wyłuskać czas na bycie bezproduktywnym, cieszenie się życiem bez spiny, realizację zwariowanych pomysłów i życie dniem.  No dobra! może za bardzo filozofuję 🙂 .. ale próbuję przedstawić swój (dość odjechany) w tym temacie punkt widzenia. Poza tym ostrzegałam na początku, że ten wpis będzie szczery do bólu!!
Także nie przedłużając tego wywodu, skwituję, że to nasze off-gridowe życie ma wiele wspólnego z wewnętrzną potrzebą „odwikłania się”  i życia po swojemu.

9) "Od tej wolności w dupach wam się po przewracało!"

Gdy oświadczyłam mojej rodzicielce, że rzucam pracę, życie w Szczecinie i będę z Tomkiem mieszkać w starym domu bez prądu i bieżącej wody (oraz bez oszczędności na gruntowny remont), to moja mama, robiła co mogła by mi to z głowy wybić. 
 
W pewnym momencie zabrakło już jej argumentów i w swej bezsilności wykrzyczała: ” od tej wolności juz wam się dupach poprzewracało!”  Trafiła w sedno!
 
Dobrze czuła, że nasza decyzja jest poważna i niepodważalna, bo wynikająca z ogromnej potrzeby niezależności i chęci spełniana marzeń.
 
„Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”
 
Zawsze opornie mi szło podporządkowywanie się woli rodziców i nauczycieli. Tomkowi zresztą też. Mieli nas wykształcić, ukształtować na obywateli, a wyszło, jak wyszło.
 
Najlepsze były czasy tzw. „buntu”. Wiadomo trzeba się było przepoczwarzyć w istotę „dorosłą”. Paradoksalnie był to czas mojej normalności, bo nie wyróżniałam się niczym szczególnym od moich zbuntowanych przyjaciół. Razem krzyczeliśmy na koncertach: ”bo im tylko o to chodzi, abyś sam sobie szkodził, abyś sam nie mógł mysleć, abyś sam nie mógł chodzić”(cyt. wiadomo kogo:)) 
 
Byliśmy w tym razem i to był piękny czas:) Życie płynęło, a ja w sercu (mimo zacnej metryki), nadal pozostawałam niezmiennie zbuntowana. Moja wolna dusza, dojrzewała wraz ze mną i nigdzie się nie wybierała!!! Chyba właśnie dlatego długo nie dbałam w życiu o stabilizację i tzw. bezpieczeństwo. Pragnęłam doświadczać i kochać. W imię wolnosci (i miłości) rzucałam ciekawe prace…i nie raz ruszalam z Tomkiem w nieznane. Pewnie dlatego też nie miałam oporów, by zrobić to po raz kolejny 🙂
Plasikowe śmieci w lesie

„o Kurczę, znowu świat jest na granicy zagłady”…takie tam o znieczulicy ekologicznej, plastiku i nawykach konsumenckich

Tak dużo słyszymy o tragicznym stanie środowiska naturalnego i grożących nam katastrofach ekologicznych, że aż nic z tym nie robimy. Nastąpiło powszechne przesycenie tematem i idąca za tym znieczulica.

Pochłonięci prozą życia i jakże ważnymi sprawami jak zarabianie kasy, polityka, piłka nożna czy inne podskoki z nartami na nogach, zdajemy się tego nie zwracać uwagi na powagę sytuacji.

A nasza Planeta woła o pomoc. Zwierzęta patrzą na nas swoimi cudnymi oczami i czekają aż się obudzimy…

Jasne – wzruszamy się od czasu do czasu gdy widzimy cierpiące zwierzęta. Jasne – słyszymy rozpaczliwe głosy ekologów, straszące nas globalnym ociepleniem. Obserwujemy szczyty klimatyczne, kampanie polityczne dotyczące smogu itd… Jednak to wszystko wpisało się w naszą rzeczywistość już tak bardzo, że po prostu przelatuje obok nas . No może czasem trochę denerwująco bzyczy niczym nawiedzona mucha, jednak żadnej znaczącej zmiany w naszym życiu nie wywołuje.

 

Dlaczego tak jest?

Wydaje mi się, że chodzi o tu o poczucie winy. To niewygodne uczucie, którego nikt nie chce czuć tak bardzo, że wolimy je od siebie odpychać albo właśnie zwalać winę na kogoś innego. Poczucie winy nie motywuje nas do działania; nic więc dziwnego że nie potrafimy wziąć odpowiedzialności za stan naszej Planety we własne ręce (i we własnym zakresie).  

To oczywiste, że zwykli ludzie nie chcą płacić wysokich podatków za śmieci, czy też odpowiadać za smog. Większość z nas wewnętrznie czuje, że płacić powinny korporacje, fabryki, fermy, branża transportu lotniczego, morskiego, itp.,  bo to one powodują największe spustoszenie w środowisku naturalnym.

Natomiast wielcy gracze i politycy na ich usługach,  dowalają nowe podatki, obarczając nas winą za to, że źle segregujemy, mamy nieodpowiednie piece w domach, itp.

Obywatele  jako „nieświadomi ludzie” czynią środowisku zło, natomiast „oni-ustawodawcy” działają ku lepszemu, debatując na przykład nad wycofaniem  z obiegu…. PLASTIKOWYCH SŁOMEK!!!!!! Naprawdę?!!!!  Czyżby nie dało się podejść do tematu bardziej kompleksowo? Czy na prawdę działania będą się opierać na wycofywaniu z rynku pojedynczych grup produktów? Ile to ma potrwać? 100 lat?  ehh…

W tym miejscu rozwinę temat plastiku, bo to jedna z moich zmór dnia codziennego

Generalnie mamy już takie technologie i tworzywa pochodzenia naturalnego (jak chociażby te z konopii ), że można by spokojnie zastąpić nimi  plastik w większości produktach i opakowaniach.

Jednak wprowadzenie alternatywnych tworzyw nie jest wcale na rękę koncernom naftowym.  bo plastik jest produkowany z odpadów po ropie. 

Krew ziemi (ropa) jest wysysana na potęgę i  za wszelką cenę (wojny, niszczenie lasów w Amazonii, itp.), a produkty uboczne z produkcji paliw są wykorzystywane do produkcji niczego innego jak właśnie PLASTIKU.

Dla przykładu taki przemysł kosmetyczny to „swoiste wysypisko śmieci ” dla koncernów naftowych, które „utylizują” swoje odpady, wciskając je do kremów, szamponów, itd.

Następnie robią reklamy z pięknymi modelkami i taka zwykła Ania leci do drogerii i płaci swoimi grosikami za te super specyfiki (czyt. odpady po wydobyciu ropy). Żeby tego było mało, to nie dość, że taka Ania to kupuje, to jeszcze namiętnie używa, wklepując codziennie w skórę i obserwując czy już wyładniała czy jeszcze nie. Jeśli nie wyładniała, to kupuje następny i następny krem z tym samym zapałem i nadzieją!

Doskonale wiemy, że nie jest to obojętne dla jej zdrowia. Przez skórę wchłaniają się toksyny do organizmu, więc to wszystko jest w gruncie rzeczy ze szkodą dla jej zdrowia, a może nawet i życia. No i ile śmieci jest przy tej okazji wygenerowanych..

Tak w  dużym uproszczeniu wygląda ten obłęd decyzji produkcyjno-zakupowych, w jaki jesteśmy wszyscy uwikłani.

Od ignorancji do świadomości

Po obejrzeniu setek dokumentów o tematyce ekologicznej oraz naocznej obserwacji degradacji środowiska naturalnego wciąż jakaś część mnie wypiera ze świadomości, że jest aż tak źle.

Jako osoba z natury lubiąca przyjemności  i dość lekko podchodząca do życia, długo zamiatałam pod dywan tego typu niewygodne kwestie. Jednak przyszedł czas, że zabrakło mi już argumentów dla samej siebie. Dlatego zaczęłam szukać przyczyny swojej pasywności oraz niemocy w próbach zmiany nawyków zakupowych.

Po pierwsze doszłam do wniosku, że my najzwyczajniej nie lubimy czuć się winni i dlatego nie poczuwamy się do odpowiedzialności.  Innym powodem jest to, że jesteśmy oderwani od Natury. Zbyt często zapominamy, że jesteśmy jej częścią, bo nie czujemy bezpośredniego połączenia z Planetą. 

No bo jak czuć to połączenie skoro  większość z nas na co dzień zajmuje się głównie pracą, której nie lubi, zarabianiem i wydawaniem?

Kupując, próbujemy wypełnić brak czegoś ważnego. Kupując, szukamy szczęścia… Produkty zdają się przemawiać do nas „KUP MNIE, JA CIĘ USZCZĘŚLIWIĘ”

Dążąc do sedna moich wypocin, nie piszę tego wszystkiego z pozycji osoby, która jest ZERO WASTE i chce teraz  wszystkich nawracać. Jestem tak samo odpowiedzialna za brak konkretnych działań jak większość ludzi. Wciąż zdarza mi się kupować produkty, które nie służą ani mi ani Planecie. Jednak zmiana nawyków zakupowych, to mój cel, który od jakiegoś czasu sukcesywnie realizuję.

Obserwując siebie, widzę, że im bardziej jestem szczęśliwa tym mniej skłaniam się ku kompulsywnemu kupowaniu (co kiedyś na serio było moim problemem).

Myślę, że poczucie szczęścia wewnętrznego jest bardzo ważne w zmienianiu nawyków zakupowych.

Bo jeśli czuję się dobrze ze sobą, to czy stanowić mi będzie, że ta ładna kiecka, którą mam na sobie jest z lumpeksu? No nie! Będę się nawet nią cieszyła bardziej niż nową (bo tańsza i z re-obiegu).

Widzę też ogromny związek posiadania pasji w życiu ze zmniejszoną potrzebą kupowania. Po pierwsze jesteśmy zajęci i nie mamy czasu na zakupy. Po drugie mamy w sobie więcej wrażliwości, która jest niezbędna by troszczyć się o środowisko.

Kiedyś usłyszałam słowa, że gdyby każdy człowiek odkrył swoją radość i cel w życiu, to wszystko zaczęłoby się odmieniać na lepsze. Przestalibyśmy szukać substytutów szczęścia w rzeczach materialnych i stalibyśmy się odporni na manipulacje, bo manipulować można ludźmi, którzy nie wiedzą czego, tak naprawdę potrzebują.

Ludzie szczęśliwi, łatwiej zmieniają nawyki – przetestowałam to na sobie.

Także to prawda, że Świat jest na granicy...może czeka nas zagłada, a może zmiana na lepsze?

Proponuję Ci nie dołować się tym wszystkim, bo to nic nie da.  Skup się na swoim życiu. Zacznij robić to, co kochasz (czymkolwiek by to nie było) i cieszyć się życiem, a w efekcie obudzisz w sobie wrażliwość na przyrodę i naturalnie zapragniesz dbać o swój dom (ZIEMIĘ).

Z tego miejsca masz już tylko krok do mądrzejszych decyzji konsumenckich.

woda ze studni

Blisko swojej natury, czyli moje rozmyślania w drodze do studni po wodę i z powrotem

Decydując się na przeprowadzkę do domu w lesie, zrezygnowaliśmy z większości udogodnień współczesnego świata. Mam tu na myśli „wygody”, które w naszej szerokości geograficznej są raczej podstawą i oczywistością. No bo, na przykład, czy traktujesz wodę, która „leci” z kranu, jak coś niezwykłego?  Przecież po to jest kran, żeby leciała z niego woda, co nie?

Też tak myślałam i bardzo zuchwale nie doceniałam ani kranu, ani „lecącej” z niego wody. Nawet wtedy, gdy świadomie z tego zrezygnowałam, myślałam sobie: 

 „Eee tam! Przecież jest studnia – to prawie to samo co kran …”

Jak sobie teraz przypomnę to niepokorne cielę, jakim byłam, to sama nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać!

Ale po kolei:

Z dnia na dzień, bez szczególnych przygotowań, znaleźliśmy się w domu, w którym nie było ani kranu, ani bieżącej wody pod żadną postacią. O mojej ukochanej łazience nawet nie wspomnę. Albo wspomnę – nie było!!

W zamian za to była studnia, a w niej krystalicznie czysta, „żywa” woda. Woda, która, w porównaniu do tej dostarczanej z oczyszczalni do mieszkań i domów, smakowała nam niczym wykwintny obiad w luksusowej restauracji. Cudownie – tylko dlaczego musimy się tyle nadygać, by ten obiad zjeść?

Tak zaczęło się nasze codzienne chodzenie do studni po wodę...

W pierwszych tygodniach, to głównie Tomek przynosił wodę do domu. Ja mu jedynie zgłaszałam zapotrzebowanie, a ponieważ nie umiałam jeszcze wtedy zbytnio oszczędzać na wodzie, to moje magiczne zaklęcie: „woda się kończy” wypowiadałam nawet kilka razy dziennie.

Po jakimś czasie nabrałam sprawności skauta i zaczęłam samodzielnie chodzić po wodę.

Nie powiem, że było lekko, bo nie było. Na początku nawet samo zanurzanie wiadra, w taki sposób by nie zmącić wody było dla mnie sztuką na miarę salta czy szpagatu! Jednak w końcu jakoś ogarnęłam i zaczęłam hasać do studni na porządku dziennym.

Ku mojemu zaskoczeniu, ten codzienny rytuał pozwolił mi doświadczyć nieznanego mi wcześniej, niezwykłego uczucia. Mianowicie, zaczęłam czerpać swoistą przyjemność z „wydobywania” wody ze studni i przelewania jej z wiadra do wiadra.  Doznanie to mogę opisać jako kombinację spokoju i radości w połączeniu z ogromną wdzięcznością i wzruszeniem.  Nieraz dosłownie czuję, że KOCHAM NASZĄ WODĘ, zachwycam się jej istotą, pięknem i dobrem.  Naprawdę ciężko to opisać!

Trudno uwierzyć, że potrzebowałam takiego codziennego utrudnienia, by poznać ten cudny stan!

Oczywiście nie zawsze tak jest, że ja radośnie w podskokach idę do studni po wodę i doznaję przy tym stanów spokoju i refleksji na miarę Buddy.  Często, brak bieżącej wody w domu najzwyczajniej mnie wkurza i męczy!

Ta właśnie dwubiegunowość moich doświadczeń związanych z „obsługą” studni, skłania mnie do stwierdzenia, że żyjąc w utrudnionych warunkach mam większą możliwość zweryfikowania siebie, aniżeli miałam, mieszkając w komfortowych warunkach.

Doświadczam swoich ograniczeń, poznaję swoja moc.

Dla mnie ten czas jest bezcenny, bo poznaje siebie – swoją naturę.

Coś w tym jest, że trud pozwala docenić to, co się ma oraz odkryć to, czego się o sobie do tej pory nie wiedziało.

Wcześniej miałam jakiś rys tego, kim jestem. Runął w gruzach! Teraz wciąż mało wiem o sobie, ale wiem, że stać mnie na dużo więcej niż zakładałam. Uczę się również, że w niektórych sytuacjach jestem zbyt pewna siebie i przeceniam swoje możliwości.

Jesteśmy częścią natury i tak jak ona możemy świecić jasno albo grzmieć przeraźliwie.

 
Możliwe, że żyjesz w mieście i to o czym opowiadam, jest dla Ciebie zupełną abstrakcją… Możliwe, że tęsknisz za zielenią, lasem, wodą, ale w codziennym pędzie odmawiasz sobie spaceru czy wypadu nad morze, bo zawsze jest coś ważniejszego (dobrze pamiętam, że ja tak miałam!)
 
Jeśli tak jest, to mam Ci do powiedzenia dwie rzeczy:

1. Przestań odmawiać sobie czasu na łonie natury. To jest nasz realny świat, a nie telewizor z gadającymi głowami polityków lub szczerzącymi się celebrytami… Nie ma większego znaczenia czy jest to wieś, góry, morze czy po prostu ogródek działkowy tudzież park. Natura jest wszędzie tam, gdzie chcemy ją dostrzec. Uspokaja nas i otwiera na głębsze doświadczanie życia. Potrzebujemy jej, by poznawać siebie samych, rozwijać swoją intuicję i wiarę we własne możliwości. 

2. Nie bój się trudu. Potrzebujemy wyzwań w życiu, by się rozwijać. Nie rezygnuj ze swoich marzeń, tylko dlatego, że ich osiągnięcie wiążę się z wyrzeczeniami czy ograniczeniami. Trud, tylko z pozoru wydaje się czymś złym, czego należy unikać. Paradoksalnie, dzięki niemu zaczynamy doświadczać życia pełniej i cieszyć się rzeczami, które wcześniej nie miały znaczenia. 

Nikt tak na prawdę nie wie kim jest, a doświadczy w życiu tyle siebie, na ile sobie pozwoli.
 
Przyszła mi teraz na myśl piosenka zespołu Akurat „Kiedy wrócę tu” 🙂